Wilhelm Loehe

Tam gdzie idzie o królestwo Boże, słabości i uprzedzenia ludzkie i narodowe winny milknąć, bo obowiązkiem chrześcijanina jest: poznawać to wszystko i tych wszystkich, którzy zostawali lub zostają w jakimkolwiek stosunku do prac podejmowanych około winnicy Pańskiej. Z tego powodu chcemy czytelników Zwiastuna obznajmić z żywotem męża, który lubo większej części ewangelików polskiej mowy nie znany, położył wielkie zasługi około niemieckiego kościoła Luterskiego i zyskał rozgłośne imie, podobnie jak Harms, którego żywot zamieściliśmy także w Zwiastunie. Kościół Chrystusa, jest jeden i jest święty, kościoła tego żywą nie cząstką, ale członkiem, jest kościół Luterski. W kościele Chrystusa, a zatem i w kościele Luterskim, znajdujemy różne narodowości, które tu na ziemi muszą i powinny zachowywać swe osobliwe znamiona, lecz, w kościele niewidzialnym, przed tronem Najwyższego pasterza Jezusa, Baranka Bożego, łączą się i jednoczą w jeden lud kapłański, grono dziatek Bożych. I w życiu męża, o którym chcemy mówić, znajdziemy wydatne ślady ducha czysto germańskiego, lecz, zobaczymy także, jak gorąca, serdeczna wiara prowadziła go do owego grona dzieci Bożych, do społeczności świętych. Mężem, którego życiorys nakreślimy, jest Wilhelm Loehe, pastor Neuendettelauski.

Znakomity ten kaznodzieja, twórca zakładu Dyakonis, głęboki badacz Pisma i autor nie małej dla kościoła wagi dzieł , urodził się dnia 17. lutego 1808 w Fuerth w Bawarii, z ojca, który był kupcem i należał do rzędu wielce poważnych i poważanych obywateli. Loehe, całem sercem miłował niemiecką ojczyznę swoją; że z całą siłą rozwijał się w nim duch germański w najszlachetniejszych swych objawach, dziwić się temu nie można, wspomniawszy, iż jako młodzieniaszek odbywał nauki gimnazjalne (od r. 1822-26) w Norymberdze, owem mieście, noszącem na sobie ślady średniowiecznych Niemiec.

W r. 1827 Loehe, wiedziony chęcią służenia Bogu, udał się do Erlangi i wstąpił na fakultet teologiczny. Już w gimnazjum przyzwyczajony pod wodzą Rothego, do uczenia się nietylko dla nabycia wiedzy, ale dlatego, by uszlachetnić wewnętrznego człowieka, nadto, jako prawdziwy Niemiec, oddał się badaniom naukowym, nie powierzchownie i przelotnie, ale z całą powagą i gruntownością. Pilnie zajmował się zgłębianiem klasyków i dzieł Lutra, i rozczytywanie się w poważnych dziełach przeszłości, wydało pożądane owoce. Właśnie podówczas w Bawarji zaczął budzić się lepszy duch religijny, poznano się na płytkości racjonalizmu i nastąpił widoczny zwrot w sposobie myślenia ogółu. Większość młodych teologów, wstąpiła na drogi pietyzmu. Loehe, żywy i gorliwy chrześcijanin, poznał, że zdrowa i czysta nauka kościoła Luterskiego, jest jedynie prawdziwą drogą wiodącą do celu. To też gdy w roku 1830 ukończył uniwersytet i w kilku miejscowościach pełnił obowiązki wikarjusza, w praktyce życia i w kazaniach wypowiadał to jasno i dobitnie: że główna siła kościoła leży w opowiadaniu czystego słowa Bożego i w udzielaniu sakramentów wedle postanowienia Chrystusowego, oraz w uznaniu, że źródłem wszelkiego życia, tak doczesnego jak wiecznego, tak kościelnego jak domowego, jest Chrystus, jednorodzony Syn Ojca z wieczności, Baranek Boży, który darmo i z łaski gładzi grzechy świata.

W tych czasach odwiedził Loehe z kilkoma innemi Bawarczykami Berlin i przysłuchiwał się wykładom Neadra i Schleiermachera. Nic dziwnego, że ani jeden ani drugi nie mieli dla Loehego siły przyciągającej. Dla młodzieńca, wykarmionego duchem dzieł Lutra, musiał Neander wydać się zbyt rozpływającym, Schleiermacher zanadto uganiającym się za formami uczoności, i dla umiejętności, kaleczącym prawdy objawionego słowa Biblji.

Najszczęśliwszy i najcichszy, najjaśniejszy i najwięcćj pokojem Bożym ubłogosławiony perjod życia Loehego, mieści w sobie przeciąg czasu od 1837 do 1843 r. W tym czasie został pastorem w Neuendettelsau i w tym czasie także ożenił się z Heleną Andree-Hebenstreit. Helena, była konfirmandką Loehego, a co najważniejsze, była mi pokrewną duchem. Stan małżeński, jest nader ważny dla każdego chrześcijanina, tem więcej jednak dla duchownego. Jeżeli pastor wierzący, żeni się z obojętną w wierze, jeżeli chwiejący się w swych przekonaniach, pojmie za towarzyszkę życia kobietę światową, o, taki pastor, musi minąć się z wielkim celem swego powołania, musi wewnętrznie skamienieć albo ciągle doznawać wewnętrznego bólu, który mu nigdy nie dozwoli jasnem okiem spojrzeć na duchowną pracę swoją. Wielu dziwuje się bezowocności prac pastorskich; wielu rusza ramionami, powiadając, patrzcie, pięknie mówi, ale jak to w jego domu wygląda; wielu powiada: zdawało się, iż człowiek ten będzie gorliwym pasterzem, że się będzie coraz więcej rozwijał, a teraz, stał się z niego prosty rzemieślnik i spekulant. Gdzież należy szukać przyczyny złego? Oto w małżeństwie niedobranem, lekkomyślnie, albo dla ziemskiego interesu tylko zawartem. Jeżeli bezżeństwo kapłanów rzymskich, poprowadziło ich na bezdroża niemoralności i wyrobiło w nich zimne samolubstwo, — małżeństwo bez Boga zawarte przez niejednego pastora, stało się i dla niego i dla zboru, przyczyną złego i licznych zgorszeń.

Małżonka Loehego, była kobietą chrześcijańską w całem znaczeniu tego wyrazu, była kobietą szlachetnego serca i wzniosłego sposoby myślenia. Loehe, znakomity teolog, mąż wielkiego ducha, znajdywał w żonie swój uzupełnienie samego siebie. To też, gdy Helena r. 1843 umarła, smutek zawisł na czole Loehego i nie zszedł już nigdy z oblicza jego, a ile razy wyrzekł te słowa: „I ja byłem kiedyś żonaty”, ogarniało go niewysłowione rozrzewnienie.

Zbór w Neuendettelsau, składał się z wieśniaków i długo zdawało się, że duchowa praca Loehego, jest bezowocną, że tępe umysły wieśniaków, są niepłodną rolą. Mimo to, Loehe, nie ustawał w pracy: czysto i jasno opowiadał słowo Boże; w duchu kościoła Luterskiego urządził liturgję, odbywał chrzty i wypowiadał upomnienia spowiednic i komunijne. Zwolna, poczęły się objawiać skutki, — a wielkie i zbawienne te skutki, widział Loehe na spowiednikach całemi tłumami zdążającemi na spowiedź prywatną do jego domu, i u łoża umierających. Nadto, burza rewolucyjna r. 1848 pokazała, że prawdziwe chrześcijaństwo zapuściło głębokie korzenie w sercach zborowników Neuendettelauskich.

Loehe, działając w duchu kościoła Luterskiego, jak go wytworzyła reformacja, – wywierał ogromny wpływ, nie sztucznemi jakiemiś środkami, ale kazaniem słowa bożego. Jego kazania, szczególniej „Postyla na ewangelje” są prawdziwym wzorem dla tych, którzy chcą opowiadać słowo Boże wedle słowa Bożego. Wpływ Loehego był ogromny, lecz, nie objawił się w ojczyźnie tego męża, to jest Bawarji, bo przeciwne temu były stosunki miejscowe i kościelne, — ale duch Loehego wpłynął na uorganizowanie się prawdziwie Luterskiego kościoła w Ameryce. Że zarzuty czynione Loehemu, jakoby skłaniał się do rzymskiego katolicyzmu, są niedorzeczne i złośliwe, świadczy o tem najlepiej książka napisana przez niego, a nosząca tytuł: „D r e i B u c h e r v o n d e r K i r ch e.” Dla Luterskich zborów amerykańskich, napisał Loehe: „Agende, fuer Christliche Gemeinden des lutherischen B e k e n n t n isse s.” Jakim katechetą był Loehe i jak budującą musiała być jego nauka konfirmandów, świadczy o tem wydany przez niego katechizm.

Kiedy Loehe przekonał się, że krajowy kościół Bawarski nie może być urządzony tak jak pragnął, kiedy, ten najznakomitszy z tegoczesnych niemieckich teologów, został przez konsystorz zasuspendowany, z powodu że nie chciał dać ślubu rozwodnikowi, – nic dziwnego, że w duszy tego męża Bożego, powstał głęboki smutek. Działalność i troskliwość jego zwróciła się na zakłady Neuendettelsauskie: to jest zakład Dyakonis i Stowarzyszenie misji wewnętrznej, (w r. 1854). I tu był Loehe prawdziwym luteraninem. Wytworzone przez niego zakłady i stowarzyszenia, nie były stowarzyszeniami istniejącemi dla siebie tylko, — ich zadaniem było budzenie życia kościelnego. Czy te dzieci duchowe Loehego, w jego duchu dalej rosnąć będą, trudno przewidzieć.

Wspomnieliśmy o pierwszym perjodzie życia Loehego, – perjodzie szczęścia i pokoju. Do drugiego perjodu życia jego, należą wspomnione wyżej prace jego teologiczno – literackie, a nadto: „Książka komunijna”; „Ziarna nasienne” (Samenkoerner); „Ofiary dla chorych i umierających” (Rauchopfer fuer Kranke und Sterbende). Ostatni perjod życia Loehego był naznaczony pracą i troską, tęsknotą i żalem. Od roku 1869, poczęły niknąć cielesne siły, — i kto znał Loehego dawniej, nie byłby go poznał. Złamany na ciele, łamał się i w duchu, aż nakoniec przyszła godzina wyzwolenia i ten ciężko wypróbowany bojownik i ozdoba kościoła Luterskiego, zasnął w Panu dnia 2 stycznia 1872 roku, wieczorem o kwadrans na szóstą. Stosownie do objawionej przez Loehego woli, pochowano go w ziemi, nie w murowanym grobie, bez mowy pogrzebowej, a nad mogiłą odśpiewano pieśń: „Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata.”

Loehe, za życia, pragnął przenieść się jako pastor do Norymbergi lub Erlangi, — stało się inaczej: pozostał do końca w wiejskim swym zborze. I najwyższy Pasterz, dobrze rozrządził. Prace w zborze miejskim byłyby tamująco wpływały na rozwój prac kościelnych Loehego; w zborze wioskowym, stał się wskrzesicielem kościoła Luterskiego, lecz, jakby proroczo dla przyszłości, wskrzeszony przez Loehego prawdziwy kościół Luterski, rozwija się nie w Niemczech, lecz w Ameryce.

Aby czytelnikom Zwiastuna, a szczególniej ewangelikom polskiej mowy dać wyobrażenie o szkodzie wyrządzonej kościołowi naszemu przez pastorów-najemników, którzy służąc racjonalizmowi złupili i obdarli nasz kościół z liturgicznych skarbów kościoła luterskiego, aby dać poznać, czem być może i powinna liturgja w kościele Luterskim, przytaczamy słowa Loehego z przedmowy do jego Agendy:

„Rozwój myśli zawartej w liturgji głównego nabożeństwa luterańskiego porównywam z dwuwierzchołkową górą, której jeden szczyt, jako Horeb lub Synai, jest niższy, drugi zaś wyższy. Szczyt niższy, to kazanie, szczyt wyższy, to Wieczerza Pańska, bez której, nie mogę sobie wyobrazić zupełnego i skończonego nabożeństwa. Nabożeństwo główne, musi duszę chrześcijańskiego słuchacza coraz wyżej podnosić, aż, gdy stanąwszy u stołu Wieczerzy Pańskiej, nie widzi nad sobą nic, oprócz nieba, i w wewnętrznóm usposobieniu swojem nie znajduje nic, coby temu usposobieniu mogło odpowiedzieć, nad słowa liturgji: Nunc dimittis (Słowa Symeona, ewang. Łukasza 2.)“

„Przejdźmy po krótce myśl zawartą w komunji świętej czyli w całem nabożeństwie głównem”.

„Po za tobą leżą dni całego tygodnia, nowy tydzień otwiera się przed tobą, — na progu, staje dzień komunji, niedziela. Chcesz, wraz ze zborem zbliżyć się do Pana. Czy jesteś pasterzem, czy owieczką, cóż wypada ci najprzód uczynić? Oto, uczynić co wszystkie religje przedstawiają obrazowo jako potrzebę duszy, przedstawiają w świętych obmywaniach; obmywasz kurzem całego tygodnia okryte stopy, — czyli, mówiąc wyraźnie: przy gotowy wasz się do nabożeństwa, wyznaniem grzechów i absolucją. Początek nabożeństwa, musi więc stanowić Confiteor, czyli wyznanie grzechów, a najudatniejszą tego wyznania formą, jest, wzajemne pokrzepienie się, gdy pasterz przemawia, a zbór odpowiada.”

„Z grzechów oczyszczony, złożywszy największy ciężar, rozpoczynasz święcenie niedzieli. Lecz na ziemi, znajdują się jeszcze inne ciężary i cierpienia, tak w teraźniejszości, jak w przyszłości. Na drodze do świętości, grożą ci wielkiemi następstwami swemi, jako człowiekowi grzesznemu, życie, śmierć i wieczność. Trosk a rośnie, — i powraca. Dlatego stale pozostaje w liturgji Kyrie (Zmiłuj się), owa proźba miłosierdziu Bożemu polecająca wszelkie cierpienia doczesne i wieczne.”

„W Konfiteor i Kyrie, staje wobec Boga człowiek jakim jest przed narodzeniem Pańskiem, jakim by pozostać musiał bez Chrystusa: potrzebującym pomocy. Żądający i pragnący, bez żadnego pośrednictwa, wśród anielskich psalmów pochwalnych, zbliża się do Pana. W Gloria (chwalmy) przychodzi Pan do zboru swego, jak przyszedł na świat narodziwszy się w żłobku. Hymn pochwalny Aniołów brzmi dopóty, dopóki Pan przychodzi do miejsca świętego, z którem połączył pamiątkę świętego imienia Swojego.”

„Pan idzie. Przyjmują Go i wielbią jako Boga w Trójcy, do którego się w Jezusie Chrystusie zbliżamy. (Cię Boże chwalimy)”

„Oblicze łaski Pańskiej jaśnieje, lecz sam Pan milczy jeszcze i słucha tylko wołań zboru. Dlatego też zbór skupia raz jeszcze wszystkie żądości swoje, łączy swe proźby i wypowiada je w Kolekcie. W Kolekcie przenika główna myśl przypadającej uroczystości lub niedzieli pragnienia duszy jeszcze wyraźniej jak w Introitus. W jasnej myśli rozżarza się dusza w wierzącem Amen, spodziewając się i czekając, a korzy przed Tym, do którego wszelkie ciało przychodzi, bo On wysłuchiwa modlitwy.”

„Zbór milknie. Pan przerywa milczenie i obdarza zbór słowem Swojem. Duch Jego świadczy przez wargi Apostołów w apostolskiem słowie.”

„Radosne Aleluja jest odpowiedzią ludu wobec Tego, który lud swój obdarza łaską. Aleluja milknie. Lecz Pan mówi dalej. W łasne jego słowa dają się słyszeć w E w a n g e l j i . Pan coraz więcej zbliża się do ludu swego.”

„Znów jako odpowiedź brzmi Aleluja. Lecz, nie dość na tćm. Potęga ewangelji zapala serca wiarą. Modlący się, łączą się z Panem w W i e r z e w Bo g a (Credo). Dusze napełnia nie trwoga grzechu, nie bojażń złego, nie tęskne pragnienia, — lecz, radosna ufność. Siedzimy przed obliczem Pańskiem i rozpoczyna się kazanie, owe radosne i zbawienne nauczanie społeczności świętych, którzy się w Panu panów radują.”

„Stanęliśmy na pierwszym szczycie nabożeństwa, jakby na górze Horeb.”

„Zbór wznosi się wyżej, — idzie do Sakramentu ołtarza.”

„Zbór czuje, iż jest narzeczoną Pańską, że jest bogaty w Nim i przez Niego, ale także, iż go zbogacają i inni. Ubłogosławiony, wspomina troski i potrzeby ziemskie; — a życząc wszystkim dobrego, zbliża się do ołtarza z p r o ź b ą , m o d l i t w ą i przyczynieniem. Błogosławiąc wszystkich, staje przed tronem wszelkich błogosławieństw. Wśród tego, serce zboru rozszerza się tak, iż przyjmuje w siebie ową wielką myśl, że kościół tu i tam, jeden jest, że pielgrzymi wędrujący po ziemi, łączą się w modlitwie z błogosławionymi w niebiesiech, i że z niemi się modląc, wymodlą przyspieszenie dnia wiekuistej chwały.”

„Od proźb, przechodzi zbór do dziękczynień w tak zwanej Prefacji, bo i Apostoł, z p r o ź b ą , m o d l i t w ą i przyczynieniem, łączy dziękczynienie. Przenikniony świętością, widzi zbór Pana zbliżającego się do stołu swego, — i jako powitanie, brzmi radosne Hozyanna.”

„Wyżej nie może się już zbór wznieść. Następuje krótkie, ale głębokie i pełne wyczekiwania milczenie.”

„Bez żadnego przejścia, bezpośrednio, — dają się słyszeć słowa Testamentu (Verba testamenti, słowa ustanowienia świętej wieczerzy Pańskiej). On idzie w imieniu Pańskićm. Bóg jest obecny i Baranek Boży! Zbór leży na kolanach, w prochu, przed oblicznością Pańską. Zbór nie spada z wyżyn świętych, — owszem, świętością przenikniony, do Pana podniesiony, korzy się i modli, a w Baranku Bożym (Agnus) i Ojcze nasz, poleca Panu wszystko, czego mu w doczesności i wieczności potrzeba.”

„Bojaźń i wahanie się, obudzone z powodu zbliżenia się Pańskiego, są zwyciężone: Pan ofiaruje swoim pokój swój. Jeden drugiemu zwiastuje pokój Pański. Wewnętrzne zadowolnienie, serdeczne pragnienie przepełnia wszystkich, — i otóż przystępują do stołu Pańskiego.”

„Z wiary w wiarę, ze stopnia na stopień! Doświadczyło się błogosławieństwa Pańskiego. Nie można postąpić wyżej, chyba, przez śmierć („Puszczasz sługę Twego” Nunc dimittis). Na dół idzie się do zwykłego zakończenia nabożeństwa, – następuje przejście do tego, co Bóg każdemu w ziemskiem jego powołaniu jako przygotowanie się do powołania niebieskiego, zalecił. Jakkolwiek krótkiemi i niedoskonałemi słowy przedstawiłem główną myśl zawartą w komunji, sądzę, że każdy zrozumie istniejącą tu wewnętrzną piękną łączność.”

(Opublikowano w Zwiastunie Ewangelicznym, nr. 5/1872)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s